A taka była ładna, amerykańska… Elegancka jak żadna. Pierwszy kontakt z nią to poezja zmysłów i obietnica raju. Obiecywała wiele i działała na zmysły. Na samą myśl o niej, wyobraźnia sama podpowiadała co będzie się działo dalej…

Taka właśnie była firma do której złożyłem aplikację. A nie, w zasadzie, to ona złożyła aplikację do mnie, bo któregoś pięknego dnia na moim biurku zabrzęczał telefon z kierunkowym z Krakowa. W pierwszej chwili pomyśłałem, że znowu wygrałem zestaw przysmaków dla Yorka o smaku gnijącej ryby w eReMeFie i podekscytowany odebrałem połączenie.  Niestety już po chwili okazało się, że ze smakołyków dla mojego pitbulla w skórze yorka nici, ale głos w słuchawce zaintrygował mnie bardziej niż gdyby zadzwonił do mnie sam Tomasz Olbratowski

 

– Panie Danielu, do naszego Centrum Dowodzenia Wrzechświatem oraz Przyległymi Galaktykami w Krakowie szukamy kogoś na stanowisko Very Senior Future Usability Orchestratora. Czy jest Pan zainteresowany rozmową na temat tego stanowiska?

– Interesują mnie wyłącznie oferty z miasta stołecznego. Czy to nie dyskwalifikuje mnie jako kandydata na to stanowisko?

– Absolutnie nie o ile jest pan gotów przeprowadzić się do grodu Kraka?

– Nie jestem gotów na żadne przeprowadzki. Właśnie się przeprowadziłem i tu mam żonę, dziecko, psa, metro w pewniepięcioletniej perspektywie. No way! A może praca zdalna…? Całkowicie lub częściowo chociaż…?

– Nie ma takiej opcji, panie Danielu. Managing Recruiter (czy jakoś tak) nie zgodził się na pracę zdalną.

– W takim razie dziękuję, poczekam aż przeniosą stolicę do Krakowa. Do widzenia.

– Panie Danielu, ale po co tak radykalnie. Ja sprawdzę z Recruiting Managerem i zaraz się odezwę…

Po kilku minutach dzwoni pani, nazwijmy ją Magdalena i mówi, że cudem otworzyły się nowe możliwości, bo Recruiting Manager miał stosunkowo udany weekend i dzięki temu, przychylnie spojrzy na zasoba częściowo dostępnego wirtualnie.

– W takim razie chwaląc Pana Rectuiting Managera, niniejszym oświadczam moją gotowość do uczestnictwa w procesie rekrutacji rodem z GRU gdzie zostanie zbadana moja wola, ochota, DNA i to czy każda pospolita komórka mojego ciała godna jest i gotowa, aby wspierać Centrum Zarządzania…

– Fantastycznie. W takim razie przekazuję pańską aplikację do PanaGrzegorza, naszego lokalnego guru od zarządzania usługami zarządzalnymi. Proszę spodziewać się spotkania z PanemGrzegorzem już wkróte.

– Fantastycznie. Dziękuję bardzo.

 

AKT 1. ZAROBIONY PanGrzegorz

 

Przyszło zaproszenie na spotkanie. Dziwne jakieś takie bez żadnych informacji gdzie się odbędzie to spotkanie. W pierwszej chwili myślałem, że w Centrum Zarządzania mają ransomware i wirus im zjada treść e-maili. Zadzwoniłem do Pani Magdaleny z informacją, że coś poszło nie tak i niby maila mam, ale wiadomości z niego już jakby nie.

Okazało się, że w tej firmie SYSTEM wysyła szczegóły w załączniku w Wordzie. Zwykle w jednym z pięciu załączników. Zajrzałem do korespondencji z SYSTEMU. Faktycznie, były załączniki. W życiu bym się nie domyślił, żeby szukać tam. No ale co tam, być może SYSTEM jest budowany pod bardziej tęgie mózgi od mojego. Dam radę.

 

Dzień spotkania, przestępując z nogi na nogę, niecierpliwie czekam na umówioną godzinę. Nie mogę się doczekać, aż PanGrzegorz rozpocznie weryfikację mojej skromnej osoby na drodze do Królestwa… Centrali znczy.

Wybiła godzina, punkt. Korzystając z koordynatów podanych przez SYSTEM, łączę się korzystając z systemu SIECIEX, wpisuję 46. cyfrowy kod pokoju, następnie 96 cyfrowy kod dostępu do skarbca i jestem… W słuchawce informacja, że spotkanie się zacznie jak dołączy drugi uczestnik. Czekam.

5 minut… 10 minut… Po piętnastu minutach się poddałem i się rozłączyłem. Napisałem do pani Magdaleny prośbę o wyjaśnienie co nie zadziałało.

 

Odezwała się ONA – Asystentka Imperium. Lekko zirytowanym głosem, jakby wkurzona bezczelnością mojego pytania, łaskawie, na jednym wydechu wyjaśniła mi że:

 

Interwiuser miał zaskedżulowane dwa mitingi w tym samym tajmingu i to chyba oczywiste, że nie mógł się zakolinować na oba w tym samym tajmingu. Proste, NIE?

 

Zaskoczony tym korposłowotokiem, bezwiednie pokiwałem głową przyznając rację Asystentce. No proste, że proste!

Tak samo zareagowałem na pytanie czy życzę sobie, aby zaskedżulować nowy tajming dla mitingu. Życzyłem sobie.

I tym sposobem, już za chwilę miałem nowy, świeżutki tajming wysłany przez SYSTEM.  Załączniki były, wiedza gdzie znaleźć tajne koordynaty też. Już nic nie stało na przeszkodzie, abym teraz już na pewno mógł sie spotkać z NIM – PanemGrzegorzem.

 

AKT 2. SIECIEX – czyli globalny system komunikacji Centrum

 

W wyznaczonym przez SYSTEM, połączyłem się z SIECIEXem i w napięciu oczekiwałem na NIEGO. Po poprzednim nieudanym spotkaniu byłem pełen obaw czy przypadkiem tym razem los się do mnie ucieknie i czy PanGrzegorz łaskawie zerknie na swój skedżul w kalendarzu i wybierze spotkanie z napisem Daniel…

Jest! Udało się! Coś zapiszczało i po drugiej stronie wirtualnego druta… drutu był ON. O szczęście niepojęte…!

– Dzień dobry, jestem PanGrzegorz, w Centrum robię cudawiankiodstulat, blablabla… Prze….emy te…az ro…z…owy o… 

I w tym momencie coś zaczęło przerywać. Wystraszyłem się jak nigdy, że w tym momencie padł mi net. Szybki ping do wp.pl – 1ms odpowiedzi. Speedtest – 890Mbit/s. Już wiedziałem, że to nic u mnie, tylko po prostu SIECIEX nawala.

Rozłączyłem sie i zadzwoniłem jeszcze raz, poświęcając dobre kilka sekund na wpisanie kodu dostępu do skarbca. Znowu jestem w środku. Jest i ON. Ale ciągle przerywa. PanGrzegorz mówi, że to pewnie SIECIEX nie daje rady, bo ostatnio zdarza mu się dosyć często.

Zaproponowałem, żeby do mnie zadzwonił na komórkę. W końcu jak jest nas dwóch, jesteśmy w jednym kraju i nie korzystamy z rozmowy wideo, nie ma przeciwskazań żeby zadzwonić do siebie na komórkę, zupełnie jak pospolita chołota.

PanGrzegorz lekko się obruszył, chrząknął i odparł, że nie po to Centrum rozwija rozwiązanie do rozmów telekonferencyjnych – SIECIEX, żeby ON dzwonił na komórki!

Nie znalazłem lepszego argumentu i pozostaliśmy przy rozwiązaniu korporacyjnym. Na szczęście w ciągu rozmowy przerwało nam tylko kilkadziesiąt razy. A mogło w ogóle nas wywalić. Na zawsze! Łaskawy SIECIEX

Po godzinie PanGrzegorz powiedział, że zakwalifikował mnie do kolejnego etapu i że w ogóle super i że ma nadzieję i że teraz będę rekrutowany metodą transatlantycką. Przez dwie szychy z USA!

 

AKT 3. SZYCHY Z USA

 

Szyszunie bardziej. I to nie dwie, tylko jedna. 

Rozmowa przeszła zaskakująco szybko, pytania takie same jak u PanaGrzegorza. Szyszunia chyba chciał mnie szybciutko spławić, bo mu pankejki stygły na stole, bo na końcówce spotkania mocno poganiał, wchodził w pół słowa, aby na sam koniec stwierdzić, że zakwalifikowałem się do kolejnego etapu. I teraz to już sam Brytyjczyk z LONDYNU mnie przesłucha! I to taki szkolony przez eMaJSIX

Refleksja po godzinnym spotkaniu z Szyszunią – ktoś mi bezpowrotnie ukradł godzinę. Szukając plusów (bo ja z tych optymistów jestem i nawet na cmentarzu same plusy widzę), stwierdziłem że przynajmniej miałem darmową godzinkę z nejtiw spikerem.  

Radość z puszczenia mnie dalej przez Szyszunię do kolejnego etapu stopniowo ustępowała niecierpliwości… Czekałem z dobre dwa tygodnie, aż Asystentka Imperium dzięki SYSTEMowi zaskedżuluje (już mnie to nie ruszało) kolejny mitindżek.

 

AKT 4 HALO? LONDYN MÓWI!

 

Od momentu ustawienia spotkania, do rozpoczęcia rozmowy minęło dosłownie kilka dni. Rozmowa standardowa, pytania te same. Po trzecim razie miałem taką refleksję, że oni w tej firmie mają jeden, jedyny słuszny zestaw pytań do kandydatów. Albo rozwlekają w czasie te spotkania licząc na to, że kandydat zapomni co mówił i uda się go przyłapać na kłamstwie 🙂

Tak czy inaczej, spotkanie z dystyngowanym Panem Brytyjczykiem, władającym pięknym brytyjskim akcentem i dobierającym słowa w iście brytyjskim tempie, zakończyło się… a jakże przejściem do kolejnego etapu. 

I to był ten moment gdy zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie biorę w udziału w jakimś programie typu ukryta kamera czy inny Masz Talent. Ile, do cholery, trzeba ludzi, aby stwierdzić czy się kogoś chce zatrudnić czy nie? W tym przypadku wyglądało na to, że może to się ciągnąć w nieskończoność…

Ale jak już się niedługo okazało, jednak nie…

 

AKT 5 BOHATERA NAM TRZEBA

 

W oczekiwaniu na nową rundę z tymi samymi pytaniami i nową osobą, z zaskoczenia, zadzwoniła do mnie Pani Magdalena (ta z początku tej historii). Przeprosiła, że tak sobie dzwoni i że tak wcześniej nie dzwoniła, bo była zajęta. I powiedziała, że tak sobie dzwoni, żeby mi powiedzieć, że robi to nie bez powodu. Ba, ma nawet cel tej rozmowy! Ma fidbek.

I że chodzi o to, że ja nie znam produktów firmy, a się okazało że kto inny zna i że właśnie to jest najważniejsze, żeby produkty firmy znać, bo jak się nie zna, to słabo jest. I, że to mnie zdyskwalifikowało. I że już nie będzie więcej rund, ale ja byłem najlepszy i że gdybym tylko znał produkty firmy inne niż SIECIEX, to pewnie byłbym zakwalifikowany, a tak jestem zdyskwalifikowany. I że zachowa moje CV na okoliczność jakby kiedyś szukali kogoś takiego najlepszego jak ja, to ona zadzwoni.

Ufff. Kamień z serca. Bo już miałem myśli, że ta rekrutacja będzie się ciągnęła jak Na Wspólnej. Na szczęście się zakończyła. I nie wiem jak oni, ale ja wiedziałem że nie będę pracował dla nich już po pierwszej rozmowie, na którą mój potencjalnie niedoszły menadżer nie raczył się wdzwonić.

 

No ale ja, to podejmuję decyzje pod wpływem emocji… 🙂

 

(Visited 2 020 time, 1 visit today)